Dramat Ikara, czyli o tym, czy wpuścić coacha do hotelu

0
1272

„I belive I can fly” – często dźwięczy mi w uszach piosenka będąca tłem filmowej sceny, w której młody Michael Jordan grając w koszykówkę na swoim podwórku marzy o karierze zawodnika NBA. Jeśli tylko mocno czegoś pragniesz, osiągniesz to! Ograniczenia nie istnieją! To tezy bardzo wielu filmów, książek, wykładów i szkoleń poświęconych motywacji. Jeśli tylko w to uwierzysz, możesz nawet pofrunąć! Często myśląc o coachingu biznesowym w pierwszej kolejności przychodzą nam do głowy takie właśnie słowa. Nie bez powodu. Wielu obecnych na rynku coachów w istocie poleca stawać przed lustrem każdego ranka i mówić sobie, że ograniczenia nie istnieją, że są tylko w naszych głowach. Mówią tak, bo ludzie chcą tego słuchać.

Jest popyt jest podaż – bezlitosne prawo rynku. Ludzie uwielbiają się karmić taką psychologią braku ograniczeń i wszechmocy. Ja jakoś od zawsze, gdy słyszę tego typu motywacyjne hasła, z niepokojem mam przed oczami obraz miologicznego Ikara – wielkiego symbolu zawiedzionych marzeń. Chłopca oszukanego przez psychologię sukcesu, tonącego bezradnie w odmętach morza porażki, przeszkód nie do sforsowania i własnej słabości. Na czym polega niebezpieczeństwo tak pojętej psychologii motywacji, czy aby na pewno w naszym hotelarskim biznesie chcieć oznacza móc, czyli słów kilka o tym czy należy wpuszczać coachów do hotelu.

Przede wszystkim odpowiedź na to pytanie zacząłbym od wyjaśnienia czym w zasadzie jest coaching, a może bardziej czym on nie jest lub przynajmniej być nie powinien. Przede wszystkim pośród dostępnych na rynku ofert istnieje prawdziwe pomieszanie pojęć. Coaching powszechnie mylony jest z mentoringiem, w którym to ekspert danej dziedziny dzieli się swoim doświadczeniem i wiedzą z osobą potrzebującą takich porad. W coachingu nie ma miejsca na relację mentorską. Nie może on być prowadzony z poziomu „posłuchaj teraz młody wilku, starego wilka”. Relacja z coachem ze swojej istoty powinna być zawsze równoległa. Osoba korzystająca z coachingu ma niejednokrotnie większą wiedze i doświadczenie w danej dziedzinie niż sam coach, co nie stanowi problemu, a wręcz przeciwnie stwarza możliwość wydobywania potencjału danej osoby. Z tego samego powodu coaching nie jest treningiem, a coach nie jest szkoleniowcem. Wymiana wiedzy może dotyczyć jedynie samego procesu oraz psychologicznych mechanizmów, które się w nim pojawiają. Coaching nie jest także terapią i nie zajmuje się deficytami i zaburzeniami. Czym zatem jest coaching? Jest popartą naukowymi badaniami techniką pracy psychologicznej, opartej na partnerskiej relacji, w której rozpoznaje się przestrzenie rozwoju, a w wyniku poszerzenia perspektywy odkrywa potencjał, ale także i ograniczenia. Jest wspólnym poszukiwaniem odpowiedzi na pytania, kreatywnych rozwiązań i możliwości. Jest w końcu nie tyle wtłaczaniem w kogoś z zewnątrz doraźnej motywacji, ile wspólnym budowaniem motywacji wewnętrznej, trwałej, odpornej na pojawiąjące się przeciwności. I tu wracamy do opisanego we wstępnie – pompowania naszego ego – bo tak nazywam wtłaczania w procesie coachingu przekonania, o absolutnym braku ograniczeń.

Dlaczego pompowanie ego motywuje tylko doraźnie i na krótką metę? Trener, który zagrzewa zawodnika do walki lub chce zmotywować do nieustawania w treningu, nauczyciel pragnący zachęcić ucznia do uwierzenia we własne siły i zaliczenia trudnego egzaminu – to wszystko sytuacje, w których psychologia motywacji w opisywanym powyżej ujęciu ma zastosowanie i przynosi bardzo wymierne efekty. Gdy widzisz, że ktoś osłabł w motywacji, gdy potrzebujesz podnieść go na nogi, zachęcić do wiary w siebie, w obliczu przeciwności i do wysiłku w obliczu trudności, w każdej z tych sytuacji doskonale możesz posłużyć się hasłami typu: „Jeśli tylko chcesz, możesz to osiągnąć”. Dlaczego jednak nie można z takich haseł uczynić filozofii biznesowej i oprzeć na niej swojego światopoglądu? Dla tego samego powodu, dla którego nie wolno leczyć poważnych chorób zwalczając jedynie ich objawy. Tabletka na ból głowy przynosi ulgę – owszem, ale niedobrze by się stało, gdyby człowiek chciał nią wyleczyć poważną chorobę. Do tego potrzebna jest często skomplikowana chirurgiczna operacja i długotrwała rekonwalescencja. Tabletka przyniesie ulgę, ale nie rozwiąże problemu. Tak samo psychologiczna pierwsza pomoc, jaką jest psychologia motywacji w opisywanym ujęciu, nie może stać się odpowiedzią na poważne zawodowe wyzwania i nie jest w stanie regulować naszego życia psychicznego. Nie można przecież jechać cały czas na tabletkach przeciwbólowych.

„Jeśli tylko wystarczająco mocno pragniesz sukcesu twojego hotelu osiągniesz go” – piękne, pomocne i niewinne stwierdzenie. Pozornie. Spróbujmy odwrócić jego znaczenie. „Jeśli nie osiągnąłeś sukcesu w twoim hotelu to znaczy, że tak naprawdę tego nie chciałeś”. Domyślnie: „Sam jesteś sobie winny swojej sytuacji”. To już nie brzmi tak niewinnie. Trudno byłoby mi powiedzieć te słowa patrząc w oczy wypalonemu zawodowo dyrektorowi hotelu, który boksuje się z sytuacja na rynku pracy i dostaje informację o kolejnej podwyżce cen. Trudno przechodzi to przez gardło, gdy mamy przed sobą naszych pracowników doświadczających różnych mniejszych lub większych zawodowych porażek. Trudno powiedzieć im: „Za mało chcieliście”, „Zbyt mało wierzyliście w sukces”, „Zasłużyliście sobie na to, skoro tak mało wysiłku włożyliście”. Takie myślenie niesie za sobą niebezpieczne konsekwencje w postaci braku tolerancji dla słabości innych. Przekonania, że nie należy pomagać słabym, gdyż sami sobie są winni. „Gdyby tylko chcieli…”. Ale równie niebezpieczny jest brak tolerancji dla własnych słabości. Taka postawa o prowadzi nas często do wypalenia, załamania i depresji. Niepowodzenia bowiem dzieją się czasem w życiu niezależnie od nas. Nieważne jak bardzo chcemy, czasem słońce topi wosk naszych pragnień i myśli o sukcesie, a wtedy niczym mitologiczny Ikar lecimy głowa w dół. Życie i biznes przynoszą nieraz przeszkody obiektywnie za duże, by stawić im czoła. Nie wszystko jesteśmy w stanie osiągnąć – nawet pragnąc tego najmocniej. O ile w momencie kryzysu tego typu motywacja samego siebie pomaga doraźnie, o tyle karmienie się psychologią sukcesu i przesadne ładowanie wiara we własną wszechmoc, grozi upadkiem z bardzo wysoka.

Świadomość swoich słabości i ograniczeń – tych osobistych, tych rynkowych i tych społecznych – wiedza o tym, że w życiu i biznesie zdążają się przeszkody nie do pokonania i akceptacja własnej ułomności oraz niewystarczalności – to zupełnie odmienne podejście do własnej motywacji. Umiejętność przeżywania porażki, zamiast nastawiania się jedynie na sukces. Oddzielenie własnego szczęścia od konieczności osiągnięcia sukcesu. Zdolność przeżywania tego szczęścia także w obliczu porażki i rozczarowania. Pokora wobec życia i jego kaprysów. Obecna w filozofii dalekiego wschodu akceptacja rzeczywistości takiej jaka jest, bez porywania się na niemożliwe, zamiast obecnego w zachodnim myśleniu ładowania się pragnieniem sukcesu, bez osiągnięcia którego czujemy się niczym. Świadomość i akceptacja własnej słabości czyni naszą psychikę o wiele silniejszą niż psychologia motywacji bez ograniczeń.

Bardzo lubię słowa amerykańskiego pastora Reinholda Niebuhra, którą wykorzystają często grupy wsparcia anonimowych alkoholików – a ci akurat wiedzą, co to prawdziwa motywacja do przeciwstawienia się przeciwnościom: „Chciałbym mieć pokorę, by umieć przyjąć to, czego zmienić nie mogę, odwagę, aby zmienić to, co powinno być zmienione, i mądrość, by umieć odróżnić jedno od drugiego.” Patrzmy zatem uważnie jakiego coacha wpuszczamy do hotelu, czy przynosi on ze sobą mądrość, tych którzy ponieśli porażkę, czy obietnicę nieustannego sukcesu.

Autor:
Kamil Czajkowski – hotelarz, psycholog, coach, trener, Dyrektor Centrum Szkoleń i Doradztwa Wyższej Szkoły Turystyki i Hotelarstwa w Gdańsku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.